To już ostatni post w tym roku na Restopini. Na samym początku pisania bloga o koszalińskich lokalach, wydawało mi się, że tematy mogą się wyczerpać w szybkim tempie. Okazało się jednak, że tematów do podjęcia na Resto jest wiele i branża gastronomiczna jest prężna. W każdym bądź razie - dzieje się. Dlatego ostatni post na Resto w 2013 roku to post o nowo otwartym barze Vittorio.
Bar Vittorio mieści się na ul. 1 Maja w pasażu Millenium. Koncepcja baru jest prosta i bardzo konkretna. Codziennie na tablicy : 2 zupy do wyboru ( np. krupnik, krem z brokułów ) 4 pomysły na drugie danie ( np. 1. filet z piersi kurczaka ze szpinakiem 2. śledź w porach 3.spagetti z tuńczykiem 4. racuchy). Kompot. Ziemniaki lub frytki i surówki. I Koniec. Wszystko. I bardzo dobrze.
Jest czysto. Jest ładnie. Panie są bardzo miłe. Mają białe bluzki i fartuszki jako uniform. A to w końcu tylko bar. Dania podawane są ekspresowo. Zupę nalewamy sami. Danie drugie podaje nam Pani. Każdego dnia - inne menu. Jadłospis na każdy dzień dostępny na fanpagu Vittorio na fb.
Jadłam w Vittorio śledzie pod pierzynką z pora z ziemniakami, racuchy i zupę - krupnik. Wszystkie dania były bardzo dobre. Porcje nazwałabym " odchudzonymi", ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Lekkostrawne, nieciężkie, odtłuszczone, przy domowym smaku. Być może rosły facet się tymi porcjami nie naje do syta, ale czy to trzeba tak jeść do przejedzenia. Ja nie lubię zbyt przytłaczającej ilości jedzenia na talerzu, więc mi bardzo odpowiadała ilość. Krupnik - pyszny domowy smak, dużo świeżych warzyw. Śledź i ziemniaki. Co za prosta ale genialna kombinacja. Racuchy - pierwsza klasa !
Ruch w barze Vittorio duży. Pomysł na lokal bardzo fajny i bardzo konkretny. Dostępne są dania abonamentowe w cenie 15 zł za cały obiad. Miejsce trafione.
Bar Vittorio jest dla mnie dowodem, że nawet zwykły bar może wyglądać ładnie, gustownie, ( mały minus za szkolną tablicę z menu.) Panie mogą być miłe i pomocne, a dania smaczne i nie przytłaczające smakiem ani zapachem garkuchni.
Polecam !!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domowe jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domowe jedzenie. Pokaż wszystkie posty
piątek, 20 grudnia 2013
piątek, 13 grudnia 2013
Pierogarnia Polska
Dziś kolejny raz –
pierogi . Ot taki pierogowy sezon teraz. Święta tuż tuż… w wielu domach to
właśnie pierogi są na pierwszym miejscu ulubionych świątecznych dań. Tak
przynajmniej jest u mnie. Bez karpia wyobrażam sobie święta znakomicie, ale bez
pierogów już nie. Muszą być z dobrze ukiszoną kapustą i dużą ilością suszonych
grzybów, oczywiście tylko tych własnoręcznie zebranych. Tak jest w mojej
rodzinie i będę robić wszystko, żeby to się nie zmieniło.
Zaszłyszałam kilka
pozytywnych opinii o „ Pierogarnii Polskiej” , a wiecie, już pewnie z moich
wcześniejszych wpisów, że lubię skonkretyzowane lokale gastronomiczne. Pierogi
można kupić wszędzie i uważam je za popisowe danie kuchni polskiej. Nazwa brzmi
szumnie, więc postanowiłam zajrzeć do tego lokalu – pełna nadziei.
Pierogarnia mieści
się na ul. Dworcowej 2 w Koszalinie. Lokal jest mikroskopijny. Urządzony
- fatalnie, wszystko jest
przypadkowe i nieprzemyślane. Sama lada?
Czy kontuar? Wręcz przytłaczająco duży
do wielkości lokalu. Ozdoby …zakurzone rzeczy które, chyba wadziły właścicielom
w domu, a mają „ cieszyć oko” klienta. No cóż, niby o gustach się nie
dyskutuje, ale jak ktoś nie radzi sobie
z urządzaniem tego typu lokalu, to albo niech to zrobi w najprostszy – czysty i
schludny sposób, albo niech zatrudni fachowca.
Nim jeszcze zerknęłam
na menu, w oczy rzuciły mi się pierogi na kontuarze w worku foliowym ! Domowo to
nie wygląda. Pewnie właściciel chce, żeby nie podeschły. Ale wygląda to co
najmniej dziwnie, żeby nie powiedzieć odrzucająco. Po tych widokach, z mniejszą już ochotą
zamówiłam, pierogi ruskie i pierogi z wątróbką
oraz barszczyk. Kolejne moje rozczarowanie to papierowe talerzyki ! Nie
możliwe jest podnieść dwa na raz, bo łamią się w pół. Do tego wierzch miały
srebrzysty, żeby był ładniej. Nie wnikam już w to, czy można na takich
podawać ciepłe posiłki. Wątpię ! Barszczyk nalany po brzeg w
styropianowym kubeczku ! W menu było
napisane, że barszczyk jest wg własnej receptury. Dla mnie był identyczny jak
błyskawiczny. Nie było łatwo go wypić, bo i wrzący był i kubeczek wyginał się we wszystkie strony.
Same pierogi … cóż.
Jeśli tak dla kogoś wyglądają pierogi domowe, to mu współczuje, to znaczy, że
nie jadł prawdziwych pierogów . Ciasto bardzo miękkie, klucha taka. Farsz do ruskich pierogów, nie był najgorszy,
choć prawie z samych ziemniaków, dobrze doprawiony, ale jednak gastronomiczny
smak w nich przeważa. Do domowych nie były podobne w żaden sposób. Pierogi z wątróbką – fatalne. Jakby robione
przez amatora kulinarnego. Przede wszystkim farsz do pierogów z podrobami , jak
i z mięsem, w sumie z czymkolwiek, oprócz owoców – powinien być – zmielony !!!.
A w Pierogarnii, wątróbka była pokrojona w niemałą kostkę, a cebula, momentami w
ogóle nie była pokojona. Tych pierogów nie dało się jeść, bo wszystko się
rozwalało.
Ceny : mała porcja :
5 pierogów ( 5-7 zł) większa porcja 10
szt. ( 9-12 zł)
Jestem rozczarowana.
Uważam, że nazwa „Pierogarnia Polska” , to wręcz nadużycie. Gdybym miała
przyprowadzić gościa z zagranicy i pokazać mu „ nasze polskie” pierogi – to z
pewnością nie do tego miejsca. Pomysł na lokal tylko z pierogami jest
znakomity, ale w „ Pierogarnii Polskiej” jest bardzo dużo do poprawy. Więcej serca do
tego co się robi, staranności i trochę względu na klienta.
środa, 20 listopada 2013
Pierogarnia pod Jemiołą
Kiedy kończy się
listopad, pomalutku moje myśli zaczynają krążyć jak odległy satelita, wokół
tematu świąt. Najpierw zawsze o jedzeniu, potem o prezentach. Jeśli pomyślę o
świętach w kontekście jedzenia – to pierwsza moja myśl to pierogi. Wobec
pierogów jestem bardzo wymagająca, bo dobre wzorce są w rodzinie . Babcia i
mama, zawsze lepią swoje pierogi i ja je jem. I żadne pieróg „ obcy” z nimi się
nie równa. Zdradzę Wam w sekrecie, że ja jeszcze swoich pierogów w życiu nie
zrobiłam. Na swoją obronę mam to, że niemal zawsze towarzyszę w ich procesie
twórczym przed świętami. Teoretycznie wszystko wiem, jak je zrobić, nawet moje paluszki wyplatają fale na rąbkach pierogów równe jak z fabryki.
Przyjdzie i na mnie kolej i ja będę robiła…
Tak więc od zbliżających
się świąt, poprzez pierogi, dotarliśmy
do tematu dzisiejszego posta, czyli do „ Pierogarni pod Jemiołą” . Pierogarnia
znajduje się na ulicy 1 Maja 40, vis a vis I LO im. Dubois. Ponieważ mam w
głowie, w sercu i na żołądku pierogi mojej mamy i babci jak wzorzec metra w
Severes pod Paryżem, wcale do Pierogarni mnie nie ciągnęło i nawet nie
imponowała mi liczba 20 różnych wariacji na temat pierogowego nadzienia. Skłonił mnie w końcu brak obiadu w domu.
Od progu lokal bardzo przytulny i niemal każdy stolik był
zajęty. Przestrzeń ładnie zagospodarowana, jak na jadłodajnię. Ma swój
charakter. Ponieważ nie lubię przecudowanych potraw i jestem chyba kulinarnym
ortodoksem wybrałam pierogi ruskie oraz z wątróbką drobiową i warzywami ( takie
małe odstępstwo – bo „maminych” z płuckami nie było w menu). Pierogi wypadły na
tle mych wzorcowych naprawdę dobrze. Okraszone. Dobre ciasto. Jadło się je z
przyjemnością. Dzieci, aż kwiczały z zachwytu. Trochę zbędna wydawała mi się
tak sałatowo- marchwiana ozdoba na talerzu z pierogami, gdyż była już trochę
zwiędła, ale przy smaku pierogów mogę nawet poudawać, że tego nie zauważyłam.
Jednak co innego niż
pierogi podbiło moje serce.
Otóż flaczki wołowe!
Po prostu boskie! Jak
domowe. Gęsta zupa, nie tłusta, znakomicie doprawiona. Mistrzostwo świata. Na
samą myśl ośliniłam już klawiaturę.
Zupa Krzepka ! To
samo! Wspaniała, pełna warzyw i mięsa, gęsta, doprawiona – jak u mamy ! Obie
zupy to najbardziej „ uczciwe” zupy jakie jadłam w naszym mieście do tej pory (
„ do tej pory” dopisałam asekuracyjnie).
Nie, jak gdzie indziej ,sama tłusta woda na makaronie, ale porządne
zupy. Taka zupa wystarczy za cały obiad ! Cena za talerz: mały 4 zł, duży 6 zł
Przeglądając menu
Pierogarni jest kilka pozycji, które jeszcze chętnie bym spróbowała, bo
zdecydowanie jest tam smacznie i nie drogo. A że, w Pierogarni jest pysznie,
świadczy fakt, że w czasie mojego pobytu tam – przychodziło i wychodziło wiele
osób i prawie wszystkie stoliki były stale zajęte. Ponad to w roku 2010 „Pierogarnia pod Jemiołą”
zwyciężyła w plebiscycie Głosu Koszalińskiego w kategorii na najpopularniejszą
jadłodajnię w mieście. Myślę , że słusznie. Pierogarnia ma w ofercie dania abonamentowe, oraz kartę stałego klienta.
Bardzo lubię takie
mocno skonkretyzowane lokale. Tu pierogi wiodą prym. Znakomcie ! Także, bardzo
podobał mi się pomysł Spaghetteri – choć może wykonanie nie było
najlepsze. Zmieniłabym tylko w Pierogarni rozwiązanie z donoszeniem sobie
do stolika potraw na tacy- nie każdy ma wyczucie pionu jak kelnerzy. Akwarium
?!, które tam stoi. No i muzyczkę.
Leciała Celine Dion, więc tylko zjeść i spać.
Pierogarnia pod
Jemiołą – polecam !
piątek, 25 października 2013
Bar KOT
Piątek. Nie chce się gotować, ale na
wykwintne restauracyjne dania też jakoś chęci brak. Kiedy nie ma czasu i
wszystko w biegu zdarza mi się posiłkować barami. Tymi zwykłymi, osiedlowymi.
Dziś najbliższy mi – ze względu na odległość – bar KOT.
Bar przy ul. Zwycięstwa 166 istnieje już od wielu, wielu lat
i ma swoją stałą i zagorzałą klientelę. Zresztą lokalizacja tego baru z roku na
rok zyskuje, gdyż dookoła jak grzyby po deszczu wyrastają nowe budynki
mieszkaniowe, a w każdym bloku pełno głodnych ludzi. Ponadto sąsiedztwo II LO,
Sądu jednego, drugiego, więc na brak klientów KOT chyba nie narzeka.
Ja też często wpadam do KOTA po małe, co nieco. Z barem KOT
mam nawet małą prywatną anegdotkę. Moja
mama zawsze gotuje zupy w domu, na wiele sposobów i pyszne. Zawsze i nieraz
zachęca mnie także do gotowania zup, które średnio mi wychodzą, więc omijam ich
gotowanie szerokim łukiem. Biorąc na spytki mojego synka – on szczerze
przyznał, że dziś na obiad była zupa z kota, na co Mama moja wielce się
zdziwiła, bo nie słyszała, żeby pod naszą szerokością geograficzną ktoś jadł
kocią zupę. Gdy sprawa wyszła na jaw skąd była zupa – mama była niepocieszona –
bo to przecież niedomowa zupa.
No właśnie ! Niedomowa? Przecież w barach tego typu podaje
się u nas właśnie domowe jedzenie i lokalne specjały. W KOCIE sami skomponujemy sobie posiłek. Zup
jest kilka (3-5) do wyboru, same klasyki: pomidorowa, ogórkowa, krupnik,
kapuśniak, barszcz i nie codziennie te same. Ziemniaki „z wody” i smażone, do
tego różne kotlety i pulpety w sosie i bez, różne potrawki, gołąbki, kluski,
kopytka, pierogi, placki i szereg sałatek do wyboru. Do picia można wziąć
sezonowy kompot lub jakiś zakapslowany napój. Jedzenie jest smaczne i awaryjnie
można się posiłkować, jednak osobiście nie wyobrażam siebie stołowania się tam
codziennie. Nie ma co się oszukiwać, pewnie sporo w takiej kuchni ulepszaczy,
no i nie moje codzienne smaki.
Plusem baru KOT jest niewątpliwie szybkość obsługi.
Piorunująca, choć nie zawsze bardzo uprzejma, czasem mam wrażenie, że Paniom
trochę przeszkadzam, bo mają nadąsane minki, no ale może to ich wewnętrze
animozje.
Plusem jest dość duży wybór i mnogość kompozycji jakie możemy
stworzyć. Znajdzie dla siebie coś i miłośnik
golonki i zasmażanej kapusty, ale także podje ten kto bardziej
liczy kalorie.
Plusem jest też sezonowość. O zgrozo muszę przyznać, że taki
zwykły bar ma w swoim repertuarze więcej sezonowości i regionalności, niż co
lepsze restauracje. Tak więc w barze je się to co aktualnie rośnie lub kwitnie!
Czyli śmiało można wysnuć teorię o racjonalizatorskim i ekologicznym wpływie
barów na życie Zjadacza ? Tak przynajmniej jest w KOCIE.
Plusem są godziny otwarcia od 8.00 do 19.00, także w
weekendy. Obiad o 11.00 w dzień?! Byłam
tego świadkiem!
Minusem są ceny. KOCIE ceny nie należą do najtańszych, za
talerz zupy, ziemniaki, surówkę i drobiowy zawijaniec w sosie + kompot
zapłaciłam ok 25zł.
Minusem – największym – jest absolutny brak wentylacji. Ja w
KOCIE po prostu nigdy nie jem na miejscu, bo zapach lokalu przenika nawet
najbardziej spodnie warstwy ubrań. Zresztą stanie nawet w małej kolejce,
skutecznie osmradza kurtkę. Mnie - taki
gastronomiczny zapach po prostu odrzuca. A sama myśl, o noszeniu go na swoich
ubraniach – do końca dnia…, no cóż – ja biorę na wynos.
Macie swój ulubiony bar?
Subskrybuj:
Posty (Atom)