Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fast food. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fast food. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 maja 2014

Viva Americano - burgery , kebaby


Na wiosnę, jak grzyby po deszczu wyrosły w naszym mieście nowe miejsca gastronomiczne. I fajnie i bardzo dobrze, miejsce na rynku jest dla wszystkich z pomysłami. Jednym z ciekawszych pomysłów na lokal, jest nowo otwarty lokal Viva Americano – Burgery i Kebab.

Z pozoru temat kebabów i burgerów nie jest nowością w naszym mieście, ale  z pewnością forma lokalu i sposób podania burgerów oraz  pomysł na lokal jest nowy w Koszalinie. Co zatem jest nowego i innego? Lokal Viva Americano, (należący, można śmiało już powiedzieć do sporej „rodziny” punktów Viva...), mieści się na parterze galerii Emka. Swoje drzwi otworzył dla klientów 1.kwietnia tego roku. Viva Americano urządzona jest w stylu amerykańskich barów, których obraz znany jest chyba wszystkim z takich filmów jak „ Grease”, przynajmniej taka inspiracja rzuca się w oczy. Stoliki, amerykańskie gadżety, łącznie z różową statuą wolności, tworzą zwarty i jednoznaczny klimat. Zadbano również o ciekawe stroję kelnerek i kucharzy, którzy swoje potrawy przygotowują na oczach klientów. I to jest ten obrazek na, który przyjemnie się patrzy, bo jest ład, porządek estetyka i wygląd pracy.




Menu : kebaby , burgery i steki.  Do nabycia w różnych konfiguracjach. Także w zestawach, które znane są nam z McDonalds’a, czyli „ kanapka” frytki i napój. W czym tkwi różnica i czemu to nie drugi McDonalds ? Zamówiłam małego cheeseburger z wołowym mięskiem oraz chickenburgera w zestawach z frytkami i napojem. Jeden mały zestaw kosztuje 14 zł . Lecz on wcale nie jest mały !!!. Dla mnie ( dla osoby która sobie nie odmawia ;) )mały zestaw jest naprawdę duży. A rozmiary zestawów są aż po XXL !!! i cena największego to 19.99zł.

Cheeseburger – to duża ciepła kanapka z wołowym kotlecikiem, świeżym pomidorem, liściem sałaty, plastrem bekonu, cebulką i korniszonem oraz plastrem sera. Kotlecik wołowy jest naprawdę gruby, soczysty, wysmażony i sprężysty, a w środku delikatnie różowy.

Chickenburger – to kanapka ze sporym kawałkiem wysmażonej, wcześnie zamarynowanej piersi z kurczaka, bez dodatkowej panierki, za to w aromatycznych ziołach.  Poza pomidorkiem, korniszonem, sałatą, cebulką i plastrem bekonu miał pyszny sos – a’la tysiąca wysp.

Podawane do zestawu frytki, są bardzo podobne do tych McDonalds’owych tylko jest ich więcej. Napoje do zestawu pochodzą z rodziny Pepsi. Jak głosi informacja do każdego zestawu kawa gratis.

Burgery są na tyle duże, że nie ma sposobu, żeby je zjeść nie brudząc się. Śmiało można do nich podawać nóż i widelec. Porcje mogłyby być nawet trochę mniejsze, lub jakieś warianty dla dzieci. Wszystko jest ładnie podane, panie kelnerki pracują ekspresowo. W tle muzyka ze telewizyjnych stacji muzycznych na dwóch dużych ekranach. Burgery są smaczne i spokojnie można się wybrać na nie, nawet zamiast obiadu.

Z pewnością jest to alternatywa dla McDonalds’a. Jest to coś co wszyscy znają, ale w innej odsłonie. Pierwszy raz chyba burgery podawane są na talerzu a nie w papier i do ręki. Wszystkie składniki burgerów są bardziej naturalne, niż te z fabryki wujka McDonaldas'a.

Brakowało mi tylko szafy muzycznej, owocowych koktajli i kelnerki, która zagadując dolewałaby kawy klientom, jak to często można oglądać w amerykańskich filmach.




czwartek, 28 listopada 2013

Coś ciepłego - TOSTY

Coś ciepłego na mieście ? Nie masz czasu, żeby przystanąć, pędzisz cały dzień, a z zimna szczęka lata na wszystkie strony?  Jeśli jesteś w centrum - to koniecznie tosty. A jak tosty - to koniecznie w przejściu podziemnym przy Dworcu PKP. Na tosty przyszła mi chęć, kiedy czytałam wasze pozytywne opinie na ich temat. Postanowiłam pewnego jesiennego dnia - spróbować !

Izdebka malutka, w samym środku przejścia,  a w niej stoliczek czy dwa. Wszystko malunie i tyci tyci. Jedyne co duże to - tosty duże. Konkretna pajda  białego chleba z dużą ilością sera i pieczarek. Żadnych wydziwionych zestawów. Prosto i smacznie.  Idealnie przypieczona. Koszt 4 zł / szt.
Ludzi tłum. Jedni wchodzą - inni wychodzą. Tosty pieką się bez przerwy. Cóż więcej pisać - Polecam !




 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ciągle aktualne małe przedświąteczne promocję. Specjalnie dla Was : hasło RESTOPINI
 
 
 
1. W kawiarni PAUZA na hasło : RESTOPINI  - 10 % tańsze wszystkie kawy.

(Promocja ważna od 25.11- 22.12. 2013r.)






-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 
 2. Na hasło : RESTOPINI.SHEKOKU  wysłane na mail shekoku.poczta@gmail.com,

Dostaniecie 10 % zniżki na wszystkie lale, ślimaki i literki.

( oferta ważna od 25.11 – do końca roku !!!)


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------


 3. Jeśli kupicie 4 dowolne piwa butelkowane w pubie „ Z innej beczki” na hasło: RESTOPINI. Szkło firmowe do piwa GRATIS.

( oferta ważna od 25.11 – 22.12.2013 r. – lub do wyczerpania zapasów)


 

środa, 16 października 2013

Frytki !!!


Kiedy opublikowałam post o jednej  z budek z okolic PKP. W kuluarach pojawiły się głosy, aby koniecznie pójść i spróbować  frytek z przejścia podziemnego. W przejściu rozpoczynającym się przy ulicy Dworcowej, a kończącym się przy dworcu, są ze 3 miejsca o gastronomicznych zapatrywaniach. Trzeba przyznać, że dzielnica w okolicach dworca PKP w Koszalinie, a mam tu na myśli cała długą prostą ul. Dworcową, aż po skrajne perony dworca, jest dość  - specyficzna. Mało przyjemna, lekko niebezpieczna, o zmroku lepiej nie chodzić. W projektach do budżetu partycypacyjnego – czytałam, że rewitalizacja zieleni na  ul. Dworcowej jest możliwa do przeprowadzenia, więc poczucie bezpieczeństwa w tych rejonach może delikatnie wzrosnąć, nie mniej jednak jest mały dreszczyk, zawsze jak się tamtędy przemieszczam. Wracając do frytek. Pisałam także niedawno o frytkach z Holandii i ich specyfice, tak więc była znakomita okazja, aby sprawdzić jak jest z frytkami u nas.




 

Wybrałam się pewnego dnia i postanowiłam zajrzeć do pierwszego lokalu od strony ul. Dworcowej.  Za kratą rożno, a na nim kręcą się kurczaki. Na zewnątrz wielkie napisy z obietnicą zapiekanek, hamburgerów, tostów, a nawet golonki. W środku – ostry PRL. Dosłownie jest – NIC. Tylko Pani w białym kiedyś fartuchu, stara( prawie antyczna) waga, pusta suszarka do naczyń (!?), wielki słój ze spleśniałą wodą po ogórkach, sól i pieprz do smaku, brud i nic poza tym. Pani bardzo miła, jednak po chwili się usztywniła, gdy zaczęłam zadawać jej pytania. Myślę, że przebiegło jej przez głowę stado myśli typu: kim ona jest? Sanepid? Urząd skarbowy? Weterynarz? Najwyższa Izba Kontroli?

 

Kupiłam najmniejszą porcję frytek. Pocięte ziemniaki zostały przy mnie wrzucone na olej. Na stary olej. Na bardzo stary olej. Chwilę się smażyły. Następnie Pani zważyła je na wielkiej antycznej wadze, a ja  je posoliłam. Frytki były….okropne. Byle jakie ziemniaki, jeszcze z czarnymi oczkami, usmażone na starym oleju. Były dość cienkie, więc większość z nich wysuszyła się na skwarkę. Żołądek rozbolał mnie nim wyszłam z przejścia podziemnego. Nie dziwi mnie, więc mina Pani sprzedającej owe frytki, za jedyne 2.60 zł za małą porcję. To świadczy o jej resztce rozsądku i świadomości, jaki słaby towar sprzedaje. Nawet jeśli jest się podróżnym z daleka i ostatnie pieniądze wydało się w Warsie, a w kieszeni jedyne 2.60 zł - Stanowczo – nie polecam !
 

wtorek, 16 lipca 2013

Co tu zjeść pod PKP - Dyzioburger ?


Dziś na blogu kultowe miejsce. Kultowe bo,  z większą lub mniejszą przyjemnością wielu konsumowało specjały tego przybytku. Mowa tu o ( długo szukałam słowa, ale  to jedyne jakie tu pasuje) jednej z „bud” pod dworcem PKP w Koszalinie.. „Dyzioburger” : kebab, hot-dog, zapiekanka. Podróżni; oczekujący na busy do Mielna; zwykli kierowcy; kobiety z dziećmi; łysi, napakowani, w beemach z dziewczynami o dużych niebieskich oczach; a za dawnych dobrych czasów spora grupa imprezowiczów z równie kultowego BROK-a, spożywało „ kebaby z budy”. Ponoć najlepsze kebaby były właśnie z „budy” no, ale były to wynurzenia niezbyt trzeźwych zjadaczy ok 3.00 w nocy.
 

Postanowiłam sprawdzić stan „budy” za dnia i trzeźwym okiem. Miejsce nie lśni, ani kolorem, ani tym bardziej czystością. Zewnętrzna podsufitka mogłaby stanowić niezłe terrarium dla nie jednego okazu pająka. Nawet  nie mogłaby – a stanowi. ( czas teraźniejszy, niedokonany) . Nie ma co rozglądać się na sufit, bo klienci są, nikomu nie przeszkadza, wręcz ustawiła się mała kolejka.

Zaczęłam od hot – dogów.  Jednego francuskiego – czyli parówka w bułce z dziurką,  polaną sosem, oraz hot-doga (  „ zwykłego” ) czyli parówka leżąca na bułce z surówkami i sosem. Na moją prośbę surówek było trochę mniej.  Hot – dog francuski nieznośnie przypominał mi to co możemy obecnie kupić niemal na każdej stacji benzynowej. Za to „zwykły” hot – dog to już iście autorski wynalazek. Oprócz bułki i parówki, cały kalejdoskop wszelakich warzyw : kukurydza, biała kapusta, czerwona kapusta, pomidor, kiszony ogórek, marchewka, cebulka, ponad to sos, ketchup. W zasadzie sama parówka to raczej dodatek do sałatek w bułce. Nie będę ukrywać, że ciężko było to zjeść , ta kombinacja warzyw nie była porywająca, zresztą to te same warzywa co lądują w bułce z kebabem. Sałatki jest po prostu za dużo i niezbyt świeża, a smak i tak stłumiony jest ketchupem i sosem ( na moje oko majonezowo-musztardowym, bo niby biały, a kwaśny). Oczywistością jest, że wszystko w „budzie” robione jest z półfabrykatów, a zgrabne ręce Pani sprzedającej -  łączą  tylko wszystko razem i ładują do mikrofali. Podgrzane ląduje przez małe okienko wprost do klienta. Do każdego zestawu widelczyk i serwetka na otarcie pyszczka.

 

Smak nie zachwyca, wręcz pozostawia wiele do życzenia, podobnie jak wszelkie warunki sanitarne. Zdecydowanie zapycha żołądek i prawdopodobnie zaspokaja chwilowo głód. Piszę chwilowo, bo niestety nie zjadłam w całości, ani nawet w połowie „zwykłego” hot-doga.  Przyznam się szczerze, że bałam się trochę gastrycznych konsekwencji konsumpcji w „budzie”, a skłoniło mnie do takich obaw podgląd pracy twórczej Pani sprzedającej. Wszystko z plastikowych wiaderek czy pudełek, żadnych poważnych lodówek. Pozytywne są natomiast dwa niezaprzeczalne fakty. Niska lub nawet bardzo niska cena, a także klienci, którzy cały czas są i konsumują. A klienci to podstawa. A Wy lubicie hot –dogi ?

czwartek, 4 lipca 2013

Kino non - popcorn ?


Przewrotnie dziś będzie.  Nie o jedzeniu, a o nie jedzeniu w kinie. Zresztą nie tylko w kinie, bo i na koncercie, w filharmonii, na odczycie itd.  Były kiedyś takie czasy, że szło się do kina tylko na film. Dacie wiarę? Starsi to może wiarę i dadzą, ale młodzi już ręki nie obetną. Wszelkie przekąski, napoje, chrupki, chipsy, popcorn, gazowane i niegazowane, orzeszki, rodzynki, karmelki  – atakuje nas ( przeważnie zapachem) przed samym wejściem na salę. Tak byśmy przypadkiem nie zapomnieli, po coś my przyszli.





Zauważyłam, że nie da się obejrzeć wszelkich komercyjnych produkcji filmowych , bez popcornu czy nachosów i wiadra coli. Z takim ekwipunkiem przynajmniej ustawiają się przyszli widzowie przed salą kinową.  Ten „miły dla ucha” szelest papierków, ciamkanie, chrupanie, bulgotanie to efekty niemal 5D, za który nie musimy dopłacać. Jeszcze przymknąć oko mogę, na konsumpcję przy tvn-owskich produkcjach filmowych ( na pusty żołądek – są niestrawne) , ale przy np. „Obławie”, czy „ Róży” to jeść po prostu  się nie wypada. To się   „ nie gryzie” mlaskać nachosy przy scenie gwałtu, czy rozstrzelaniach.

A może to wina filmów i twórców? Słabe są filmy i słabi są twórcy więc trzeba to jakoś zagryźć to wszystko?

Trzeba pamiętać, że to się zawsze rozsypie i zawsze rozleje. I brodzić będziemy w tym po kostki, ale takie jest właśnie współczesne kino.

Największy dramat jest z dziećmi. Dla nich film i „ coś z baru” to tożsame wydarzenie. Popcorn musi być, orzeszki w czekoladzie, do tego jak z MacDonald’sa zabawka, maskotka i piórko w dupkę. Sam film schodzi na któreś tam miejsce. Przejęliśmy, jak zaślepieni, amerykańskie wzorce i wszystkiego musi być dużo. Coli tyle, że zdąży się rozgazować nim  ją wypijemy. Chrupek tyle, że nawet jak nam się połowa wysypie to i tak usta spierzchną od soli. Wszystko w rozmiarach kingsize, bo to tak ładnie wygląda. Potem siedzi taki mały człowiek koło mnie,  mlaska, siorbie i co tylko. Ślepiami gapi się w ekran i co jakiś czas zagada : Chcesz popka ?

Ceny tych wszystkich „ smakołyków” przyprawiają o zawrót głowy. Koszt zwykłego wyjścia rodzinnego do kina urasta do rangi kosztu biletu na mega pop światową gwiazdę. Koszmarnie i nienaturalnie drogo jest w Multikinie. Bardziej ludzko jest w Kryterium, gdzie mały popcorn kosztuje 5,50 zł.

Zdarzyło mi się widzieć scenkę, kiedy to w filharmonii, zacni Państwo jedni popcorn,  siorbiąc przez słomkę napój. W jednej chwili sprowadzili dość wzniosłe doznania muzyczne, do przysłowiowego – grania do kotleta.

Na koncercie „ Fatamorgana?” , gdzie wszyscy chcieli pokazać się z dobrej strony, od wejścia buchał zapach zapiekanek i podgrzewanego popcornu.

 

Kocham zapachy, smaki jedzenia… ale są momenty, że można je sobie darować.
Jedyną broniącą enklawą kina non popcorn są seanse w DKF-ie. Oby jak najdłużej. Kto jeszcze nie próbował, niech przyjdzie w jakiś  po wakacyjny wtorek na seans non popcorn – kino smakuje wówczas o wiele lepiej. Polecam !





 

 

wtorek, 25 czerwca 2013

YOGOLAND


YOGOLAND, od niedawna w CH Atrium, zaraz na początku głównego wejścia vis a vis Home & You, to jak zapewniają obsługa i informacje ze strony internetowej zdrowe i świeże jogurty mrożone.  Z pewnością jest to alternatywa dla lodów i możliwość samodzielnego stworzenia deseru tylko dla siebie.  

W YOGOLANDZIE obowiązuje samoobsługa. Na początek wybieramy kubeczek ( 2 rozmiary do wyboru). Serwujemy do nich jogurt mrożony z maszyny. Smaków jest 6 : oryginal Tart ( śmietankowy!), mango, waniliowy, czekoladowy, malinowy i kokosowy. Smaki można dowolnie łączyć, tak jak lody. Następnie wybieramy dodatki  tj. świeże owoce ( kiwi, mango, truskawki, winogrona itd.) ; puszkowe brzoskwinie, ananasy;  dżemikowe truskawki, jagody, maliny; orzechy włoskie, płatki migdałowe. Wszystko możemy zalać sosem : owocowym, toffi  czy czekoladowym. A następnie posypać  m&m’sami, posypką czekoladową , bezowymi kulkami, orzeszkami ziemnymi, musli, crunchami , żelkami itd. Można włączyć wszystko ze wszystkim. Bardziej zdrowo lub mniej, to już kwestia i nastroju.  Cenę oblicza Pani na podstawie wagi całego zestawu. Cena takiego jogurtu  to  2,75 / 50 g.  

 
 
W ofercie dostępne są również :   Smoothie,  Shake,  Granita,  Kawa Mrożona.

Moja kombinacja nie była zbyt wyrafinowana, może dlatego, że komponowała  ją siedmioletnia dziewczynka. Zmieszała w dużym kubeczku trzy smaki jogurtu, orzechy włoskie, brzoskwinie, wszystko z posypką  czekoladową i garstką m&m’sów. Nie wyglądało to najlepiej, ale było całkiem smaczne. Nie powiem, żeby w YOGOLANDZIE było tanio, jest raczej drogo. Nas kosztował ten jeden kubeczek   15, 20 zł. Pani dała nam jeszcze kartę na kolekcjonowanie stempelków, a co za tym idzie – dziesiąty  jogurt powyżej 15 zł gratis. Nie wiem czy zdążę doczekać.